niedziela, 26 lutego 2017

Budziszyn, saksońskie miasto






Ilekroć jechałam autostradą A - 4 z Niemiec do Polski mój wzrok koncentrował się na malowniczym widoku, mieście założonym na wzgórzu... Wiele razy obiecywałam sobie, że następnym razem tam będzie nasz postój... Zachęcał nas również do tego napis:  Witajće k nam!
Niestety, tęsknota za domem była zbyt silna i nie pozwalała na zatrzymanie się w uroczym miasteczku... W końcu marzenie spełniło się i zawitaliśmy do Budziszyna... Jego niemiecka nazwa: Bautzen, górnołużycka: Budyšin a dolnołużycka: Budyšyn...


Tak wyglądał Budziszyn w 1850 roku... Zdjęcie pochodzi z internetu. Źródło






Budziszyn położony jest w Saksonii, tylko 30 km od granicy z Polską... Przypuszczam, że każdy z nas zna to miasto z historii Polski... Tutaj 30 stycznia 1018 roku został zawarty polsko-niemiecki traktat pokojowy między Bolesławem Chrobrym a cesarzem Henrykiem II, który ostatecznie potwierdzał niezależność Polski... Z autostrady podziwiałam przepiękną panoramę Starego Miasta z wieżami i górującym nad miastem  zamkiem... Na miejscu okazało się, że  serce tego miasta, budziszyńska starówka jest super zadbana, dopieczona pod każdym względem i i wygląda kolorowo jak z bajki...






Co krok romantyczne, ukryte zaułki i zachwycające uliczki zachęcają do spacerów... Miasto położone na imponującym płaskowyżu skalnym sprawia, że jest to jeden z piękniejszych krajobrazów... W dole niczym wstęga wije się rzeka Sprewa... Budynki Starego Miasta są kolorowe i bogato zdobione barokowymi akcesoriami... Zachwycają mnie śliczne, ukwiecone ogródeczki, domy z przepięknymi zdobieniami, herbami... Widać tutaj dbałość o każdy szczegół, detal...  Wszędzie zapraszają urocze kafejki, restauracje, oryginalne knajpki  i gasthofy o niepowtarzalnym klimacie... Cieszę się, że poznałam to miasto w którym można wiele zobaczyć a jeszcze więcej przeżyć...






Tutaj mieszkają potomkowie licznych słowiańskich plemion, które niegdyś zamieszkiwały ziemie między Łabą i Saalą a Odrą... Języki Łużyczan - dolnołużycki i górnołużycki są bardzo podobne do języka polskiego, bardziej niż do czeskiego czy słowackiego... Łużyczanie osiedlili się na tych terenach w VI wieku... Przez wieki zachowali kulturę i swój słowiański język mimo politycznej przynależności do państwa niemieckiego... Wszędzie spotykam dwujęzyczne napisy i dwie oficjalne formy nazwy nadają miastu szczególny charakter... Hmm, spędziłam tutaj prawie cały dzień i sporadycznie słyszałam język łużycki... Dominował, przecież to normalne tylko niemiecki  i co ciekawe, angielski...






Historia miasta liczy sobie ponad tysiąc lat a dziedzictwo przeszłości widoczne jest na każdym kroku.. Miastu   uroku dodaje zwarta zabudowa, która zajmuje niewielki obszar... Zachwycają mnie tutejsze wieże i bastiony o przeróżnych kształtach i rozmiarach których jest aż siedemnaście... Jest i  "krzywa wieża" odchylona od pionu o 144 cm... Budziszyn jest jednym z najbardziej interesujących średniowiecznych miast w Niemczech, dosyć często nazywany  "Miastem Wież".  Nie sposób w jednym poście pokazać uroku miasta i  ostoi  słowiańszczyzny w Niemczech... Będą więc kolejne relacje ze  średniowiecznego Budziszyna...






W Budziszynie można wiele zobaczyć... Istnieje cały szereg znaczących zabytków...  Jest zamek Ortenburg, katedra św. Piotra z przełomu XIII i XIV wieku z gotyckimi zdobieniami, drewniany domek wiedźmy z 1604 roku, muzeum miejskie, bardzo stylowe muzeum musztardy, wieża wodna, wieża bogata... Po długim spacerze warto przysiąść w jednej z wielu knajpek i spróbować miejscowego przysmaku zupy musztardowej, słynnych kiełbasek z musztardą z Budziszyna, zjeść pyszne lody i wypić kufelek wspaniałego truskawkowego piwa...



Bardzo dziękuję za odwiedziny i pozostawione komentarze...
Życzę szczęśliwego i miłego tygodnia...
Serdecznie wszystkich pozdrawiam...


czwartek, 23 lutego 2017

Tradycyjny pączek w tłusty czwartek







Jak tradycja stara każe
w domu, sklepie, biurze, barze,
wszędzie pączek dziś króluje,
każdy chętnie go smakuje.
Z dżemem, z cukrem, z wiśienkami
wszędzie pączek dzisiaj z nami.
Dziś kalorii nikt nie liczy,
wszędzie moc pysznych słodyczy.
W tłusty czwartek przez dzień cały
słodkim królem - pączek mały!



Tłusty czwartek inicjował zapusty czyli czas zabaw, uciech oraz sutego, tłustego jedzenia... Obchodzony jest na zakończenie karnawału... To ostatni czwartek przed  Wielkim  Postem...  Jest  to  święto  ruchome  związane  z obchodami Wielkanocy... Zwyczaj jedzenia pączków w ten dzień zadomowił się w Polsce już w XVII wieku... Choć to przysmak kaloryczny i ciężkostrawny nie warto rezygnować z tradycji... Tradycja nakazuje zjeść tego dnia przynajmniej jednego pączka,  co  ma  służyć  pomyślności  oraz  sprzyjać  szczęściu...  Wg  jednego
 z przesądów: "Kto w tłusty czwartek nie zje ani jednego pączka, ten nie będzie mieć szczęścia".


poniedziałek, 20 lutego 2017

Helsingør, miasto na Zelandii







Na Zelandii, największej z duńskich wysp znajduje się Helsingør (pol.Elsynor) miasto, które rozsławił na cały świat William Szekspir...  W zamku KRONBORG
umieścił akcję swojej najsłynniejszej sztuki Hamleta... Helsingør,  jedno
z najstarszych i jedno  z najładniejszych  duńskich miast   położone jest  nad cieśniną Sund... Ma długą i ciekawą historię... Pierwotnie powstało przed 1231 rokiem jako osada rybacka... Dzięki Erykowi Pomorskiemu otrzymało prawa miejskie w 1426 roku... Nadano mu również status miasta targowego... Nazwa Helsingør pochodzi od słowa "wąska szyja" lub " wąska cieśnina". Już na opłotkach miasta widać jak jest tu  ciekawe... Jak wiele rzeczy przyciąga oko... W późniejszym poście "zapuszczę się" aż do centrum...






Na nabrzeżu portowym zauważyłam rzeźbę ze stali nierdzewnej, polerowanej... Od razu wzbudziła moje zainteresowanie... Podeszłam bliżej... Była niemal taka sama jak Mała Syrenka w Kopenhadze ale przedstawiała młodego, bardzo przystojnego chłopaka... To  "On" brat Małej Syrenki... Rzeźba  powstała w 2012 roku i jest pracą dwóch duńskich artystów... Hmmm, czyżby Helsingør pozazdrościł Kopenhadze?






Helsingør było i jest miastem portowym... Już w 1882 roku istniała   tutaj stocznia... Wielu mieszkańców miasta w niej pracowało...Niestety, przyszły złe czasy i stocznię zamknięto... Lubię murale... Są bardzo charakterystyczną dziedziną sztuki dzisiejszego wieku... W Helsingør jest kilka... Dwa murale  na Allegade Street to pomnik, hołd dla tysięcy  stoczniowców... Jeden z nich przedstawia stare zaplecze, kolejny stare, ogromne  parowce... Zwróciłam uwagę na wysmukłą kolumnę zakończoną żaglowcem i dwoma delfinami... W Bałtyku u wybrzeży Danii pojawiają się regularnie... Grozi im wyginięcie... Są  brutalnie mordowane u wybrzeży Wysp Owczych... I nie tylko tam... Nigdy nie zapomnę obrazów z filmu "Zatoka delfinów"... Delfiny  kochają ludzkie towarzystwo i bardzo często zbliżają się do statków, łodzi...  Wg pięknej legendy zakochały się w żaglowcu i uratowały go od zderzenia z góra lodową... Na chodniku w pobliżu nabrzeża pomnik stoczniowców, którzy związani byli ze stocznią, największym pracodawcą w mieście w latach 1882 - 1983...  Rzeźby wykonał duński artysta Hans Pauli Olsen...








W  pobliżu Silver Street na niewielkim, ukwieconym skwerku  jest ciekawa fontanna z bogatą oprawą rzeźbiarską... Trzy tańczące kobiety...  Fontanna to dzieło Rudolpha Tagnera  duńskiego rzeźbiarza współpracującego z norweskim artystą Gustawem VIGELANDEM...
Trzy baletnice: Emilia, Gretha, Elena to autentyczne postaci pracujące w jednym z najstarszych zespołów baletowych na świecie,  w Royal Danish Ballet w Kopenhadze... Zachwycający taniec na krawędzi fontanny powstał  w 1913 roku na zlecenie producenta piwa...






Bardzo dziękuję za odwiedziny i pozostawione komentarze...
Życzę szczęśliwego tygodnia...
Serdecznie wszystkich pozdrawiam...

W poprzednim poście informowałam o utracie Listy Ulubionych Blogów... Wiem, że ten problem dotyczył też innych osób...Trochę to potrwa zanim dotrę do wszystkich moich wirtualnych znajomych i uzupełnię Listę.




Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...